
Wszyscy z nami rowerami!
Podyskutować na temat masy można pod tym linkiem.
Oczywiście masa krytyczna jeździ też w innych miastach, więc zachęcam was czytelnicy moi do rozejrzenia się w swoim mieście :)

[quote="draken"]Inny horror przeżywają gospodarze lasów. Już od dłuższego czasu na większości obszarów lesnych utrzymuje się najwyższy stopień zagrożenia pożarowego. Wiele nadleśnictw wprowadziło okresowe zakazy wstępu do lasów.
Zagrożenie pożarowe mierzone dzięki sieci monitoringu można sprawdzać TUTAJ i TUTAJ
Mapę obszarów objętych zakazem wstępu do lasów macie TUTAJ
Wiele osób narzeka na leśników, że takie zakazy są wprowadzane. Jednak sytuacja jest naprawdę bardzo trudna. Na moim terenie wilgotność ścioły leśnej rano wynosi już od kilku dni poniżej 10%. To mniej niż papier trzymanych w domu książek. Dodajcie do tego opary lotnych związków pochodzące z żywicy. Naprawdę wystarcza niedopałek, a czasami nawet i tego nie trzeba.
Jeden z naszych pożarów tegorocznych, to samozapłon mrowiska.
Zdaję sobie sprawę, że w wakacje każdy chciałby się nacieszyć przyrodą, no ale czasami po prostu nie da się inaczej. Jeżeli jednak znajdziecie się w lesie objętym zakazem, czy to z niewiedzy, że taki zakaz wprowadzono, czy rozmyślnie (bo przecież ja nic złego nie zrobię) a zostaniecie złapani przez Straż Leśną - polecam nie dyskutować, tylko wyrazić skruchę i oddalić się poza las. Ustawowo przewidziany mandat to od 50 do 500 zł. Zwykle klient nieawanturujący się jest pouczany po prostu i spisywany (do czego Straż Leśna oraz Służba Leśna ma pełne prawo).
Acha - o zakazie na danym terenie zawsze informowane są lokalne media, urzędy gminne, miejskie i powiatowe, w miejscach wjazdu dróg w kompleksy leśne ustawia się tablice informacyjne, we wsiach umieszcza się informacje w sklepach i na tablicach ogłoszeń, przekazuje się je parafiom, ośrodkom zdrowia etc.
Jeszcze jedno - z pożarem w lesie nie ma żartów. W drzewostanie sosnowym, ściana ognia (udokumentowane) potrafi przemieszczać się z prędkością do 60 km/h. Na leśnej drodze nawet samochodem ciężko jest uciec.[/quote]
“Koleje kuszą letnią ofertą”, taki nagłówek można przeczytać sobie na gazeta.pl oraz przewozyregionalne.pl i intercity.pl. Nic tylko przyklasnąć, oto wyjście do klienta! Oto wspaniała oferta! Brać wybierać i jechać! Nawet na Syberię można sobie pojechać.
I tylko w tym całym pięknym obrazie jest jedna mała dziura. Albo nawet spora dziura. Wystarczy poszukać połączeń w internetowym rozkładzie jazdy, czy poczytać owe newsy, żeby zobaczyć, że dziura nosi nazwę Lublin i południowy-wschód Polski. Chcesz jechać nad morze z Łodzi, Warszawy, Poznania, Krakowa? Proszę bardzo! Bezpośrednie pociągi do Trójmiasta, Świnoujścia czy Zakopanego. Chcesz pojechać z Lublina w Bieszczady? Proszę bardzo – do Ustrzyk Dolnych – trzy przesiadki, pociągi osobowe, najkrótszy czas przejazdu: 17 godzin. Do Mrągowa? Sorasy, nie da rady. Do jastarni? O! Bezpośredni! Ale chwyla… wyjazd 16:25, przyjazd 6:18, cała noc w pociągu. Ale przecież turyści nawykli do takich drobnych niewygód, prawda? A dzieci niech się przyzwyczajają.
Nie wiem, może to tylko moja frustracja wynikająca z braku samochodu, ale jak patrzę na połączenia kolejowe z Lublina dokądkolwiek, to nierzadko dochodzę do wniosku, że polska kolej ma wschodnią część kraju głęboko w okolicy okrężnicy. Smutne.
Muzyka Adama Certamena Bownika kojarzy mi się bardziej z typem muzyki spokojnej, nastrojowej, kosmicznej. Album Ecosphere lubelskiego artysty z kręgu muzyki elektronicznej, jest inny, dynamiczny, mocniejszy, ale jednocześnie jak każdy jego album jest intrygujący brzmieniowo. Jednocześnie, można powiedzieć, że słychać w nim wypracowany w tak wielu poprzednich albumach styl, który powinien się spodobać wszystkim dotychczasowym fanom Adama.
W ostatnią sobotę w Lublinie było ciepło. Pogoda całkiem ładna, deszcz nie padał, a w centrum Lublina narobiło się manifestacji. Dwie legalne i jedna niekoniecznie. Na czele maszerował pochód ONR, za nimi bębniarze z Lubelskiego Porozumienia Na Rzecz Tolerancji, a w całość zamieszali się jeszcze jacyś luźni działacze antyfaszystowscy, którzy zablokowali Krakowskie Przedmieście i musiała ich stamtąd ściągać policja.
Samo wydarzenie nie byłoby w sumie warte jakiejkolwiek wzmianki, ot maszerują sobie, niech im tam. ONR nawet zmądrzało chyba, po powstrzymali się od jawnych wrzut na Żydów i od pozdrawiania “tradycyjnym pozdrowieniem polskich narodowców” (to w żadnym wypadku nie Heil Hitler! Ani trochę, nie, wcale a wcale!). LPRT z kolei szło sobie z tyłu i bębniło, wszyscy wrzeszczeli jakieś hasełka, jak to na tego typu imprezach. Dymu wielkiego nie było, szyby nie leciały, opony nie płonęły, było na pewno spokojniej, niż gdyby przyjechali stoczniowcy albo górnicy.
Takie okazje jednak wywołują u mnie, jak zresztą u każdego szanującego się relatywisty moralnego, kocioł z wątpliwościami. Gdzie leży granica tolerancji? Sytuacja w pewnym momencie przedstawiała się w ten sposób, że grupa blokująca Krakowskie darła się o tolerancji i że “faszyzm nie przejdzie”, na co narodowcy odkrzykiwali coś w stylu “właśnie widać waszą tolerancję”. Ta krótka wymiana wrzasków idealnie pokazuje główną słabość filozofii tolerancyjnej: skoro jesteś tolerancyjny, to rób to do końca i nie zabraniaj niczego nikomu itd. itp. Ja, moralny relatywista, mam z tym niejaki problem, bo z jednej strony rozumiem sens tej argumentacji. Jest on zasadniczo słuszny, skoro wyznaję różnorodność światopoglądową i wolność słowa, to nie powinienem zabraniać zabierania głosu osobom o światopoglądzie przeciwnym do mojego, zgodnie z zasadą, że nienawidzę twoich poglądów, ale dam się posiekać za twoje prawo do ich głoszenia.
Z drugiej znowu strony, czy powinienem dopuszczać do głosu ludzi, którzy mniej lub bardziej otwarcie wyrażają poglądy ksenofobiczne, stylizują się na tych, którzy doprowadzili do wymordowania wielu milionów bezbronnych ludzi i rozpętali najgorszą wojnę poprzedniego stulecia? Czy powinienem tolerować ludzi, którzy jawnie chcą rozlewu krwi, sami o sobie twierdzą, że są gorsi od faszystów i gdyby mogli, wprowadzili by politykę, kto wie czy nie gorszą niż apartheid w RPA?
Gdzie należy postawić granicę? Czy powinienem dopuścić ich do głosu i ryzykować, że znajdą się osoby, które zechcą wprowadzić w czyn głoszone przez nacjonalistów założenia? Czy może zastosować prewencyjną cenzurę? Wyłapać, schować, zamilczeć. Nie ma problemu, nie istnieje, zniknął. Cenzura już była i nikomu normalnemu nie będzie śpieszno jej na nowo wprowadzać, tym bardziej, że na dobrą sprawę gówno daje.
Na koniec jeszcze przemyślenie natury ogólnej: w całej tej sytuacji najciekawszy jednak jest fakt, że podczas gdy manifestacje sobie maszerowały, blokowały itp. w ogródkach na Krakowskim Przedmieściu siedzieli sobie zwykli, przeciętni ludzie, pili piwo, jedli lody i obserwowali cały ten cyrk. I ani ONRowcom, ani antyfaszystom nie wpadło w ogóle do głowy, że ci wszyscy ludzie, mieli ich głęboko gdzieś. Że przeciętny człowiek ma w nosie hasła zarówno jednej, jak i drugiej strony, bo podstawowym pragnieniem przeciętnego człowieka, od tysięcy lat, jest przede wszystkim spokój. Możliwość pracy bez zastanawiania się, czy przypadkiem gdzieś ktoś nagle nie zacznie latać i szukać w załodze fabryki Żydów, nazistów, czarnych i kosmitów, żeby ich wywalić z pracy za niewłaściwe poglądy/narodowość/kolor skóry/ilość oczu. Brak lęku przed tym, że jakiś zdebilały dyktator wywoła sobie wojenkę. ONRowi nie dało nawet do myślania to, że na hasło “Polacy! Chodźcie z nami” nie zerwały się nagle tłumy ludzi.
A mi przyszło do głowy, że zamiast wrzeszczeć swoje hasełka i bębnić, zarówno nacjonaliści, jak i antyfaszyści mogliby pójść gdzieś i zrobić coś konstruktywnego, na przykład pójść do pobliskich lasów i wyzbierać śmieci. Zysk dla wszystkich: czysty las w którym Polacy i inni mogliby sobie spacerować ciesząc się wiosną, a także spokój dla ludzi w centrum, którzy nie musieliby wysłuchiwać wrzasków pod oknami.
A ONR i antyfaszyści mieliby zajęcie, dzięki któremu nie lęgły by im się w mózgach durne pomysły…