Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A jednak politycznie.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A jednak politycznie.... Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2012

Zrozumieć po polsku

Wydawać by się mogło, że każdy dorosły człowiek, który skończył szkołę podstawową i przynajmniej średnią nie powinien mieć problemów ze zrozumieniem własnego języka. Niestety niedawno obejrzany fragment programu typu "gadające głowy" na TVN24 udowodnił mi, że tak nie jest. Przykre było patrzeć jak dorośli ludzie, po studiach, politycy co gorsza, nie mogą zgrokować jednego prostego zdania w trybie przypuszczającym i wyciągnąć z tegoż zdania sensownych wniosków. Smutne to, bo przez takie właśnie duperele potem wychodzi im takie prawo, jakie wychodzi.

czwartek, 18 listopada 2010

Znowu wyborowo

Oprócz faktu, że znowu trzeba będzie wybierać między starymi dziadami, weteranami polityki, którzy nie zrobili nic, lub zgoła niewiele (ale za to mają nazwiska i murowane miejsca np w radach miejskich) i potem także niewiele zrobią, a młodymi, którzy może nawet i są pełni zapału i może nawet chcieliby COŚ zrobić, ale starzy im nie pozwolą, jest jeszcze jeden powód, żeby nie lubić wyborów: kampania wyborcza.

Z powodu kampanii wyborczej miasta zamieniają się w śmietniki. Niemal każdy słup, słupek, barierka czy płotek obwieszony jest plakatami wyborczymi. W większości paskudnymi plakatami, przylepionymi na byle jakiej tekturze, przywiązanymi drutem wiązałkowym. Plakatami z durnymi hasłami wyborczymi, urągającymi niejednokrotnie inteligencji przeciętnego wyborcy, ze zdjęciami kiepskiej jakości i w ogólności paskudnymi, byle tylko walącymi po oczach wielkim różowym nazwiskiem. A na każdym plakacie obietnica, “Będzie git!”, “Zrobię wam dobrze!”, “Wybuduję! Zapewnię! Dopilnuję!” (aż by się chciało dopisać “tymi ręcami taczki z betonem będę pchał!”) tylko głosujcie na mnie!

Plakaty przywiązane byle jak, odpadające, a potem walające się po ulicach, plakaty niszczone przez polityczną konkurencję, pobazgrane, nadpalone. I dzień w dzień, aż wreszcie może komitety po wyborach zdecydują się je sprzątnąć (o ile zapłacenie kary nie okaże się bardziej opłacalne niż sprzątnięcie syfu, który się pozawieszało), patrzą na Ciebie gęby wannabe polityków, z każdego zakątka, z każdej latarni, z każdego miejsca do którego da się przyczepić kawał tektury. I nie ma jak się obrócić, żeby nie trafić na wyszczerz któregoś kandydata i nie doznać gwałtu na poczuciu estetyki. Ale cóż, taki los. Wybory na szczęście już niedaleko i zostaje tylko liczyć, że kary za pozostawienie śmieci na słupach będą naprawdę dotkliwe.

poniedziałek, 24 maja 2010

Tolerancja!

W ostatnią sobotę w Lublinie było ciepło. Pogoda całkiem ładna, deszcz nie padał, a w centrum Lublina narobiło się manifestacji. Dwie legalne i jedna niekoniecznie. Na czele maszerował pochód ONR, za nimi bębniarze z Lubelskiego Porozumienia Na Rzecz Tolerancji, a w całość zamieszali się jeszcze jacyś luźni działacze antyfaszystowscy, którzy zablokowali Krakowskie Przedmieście i musiała ich stamtąd ściągać policja.

Samo wydarzenie nie byłoby w sumie warte jakiejkolwiek wzmianki, ot maszerują sobie, niech im tam. ONR nawet zmądrzało chyba, po powstrzymali się od jawnych wrzut na Żydów i od pozdrawiania “tradycyjnym pozdrowieniem polskich narodowców” (to w żadnym wypadku nie Heil Hitler! Ani trochę, nie, wcale a wcale!). LPRT z kolei szło sobie z tyłu i bębniło, wszyscy wrzeszczeli jakieś hasełka, jak to na tego typu imprezach. Dymu wielkiego nie było, szyby nie leciały, opony nie płonęły, było na pewno spokojniej, niż gdyby przyjechali stoczniowcy albo górnicy.

Takie okazje jednak wywołują u mnie, jak zresztą u każdego szanującego się relatywisty moralnego, kocioł z wątpliwościami. Gdzie leży granica tolerancji? Sytuacja w pewnym momencie przedstawiała się w ten sposób, że grupa blokująca Krakowskie darła się o tolerancji i że “faszyzm nie przejdzie”, na co narodowcy odkrzykiwali coś w stylu “właśnie widać waszą tolerancję”. Ta krótka wymiana wrzasków idealnie pokazuje główną słabość filozofii tolerancyjnej: skoro jesteś tolerancyjny, to rób to do końca i nie zabraniaj niczego nikomu itd. itp. Ja, moralny relatywista, mam z tym niejaki problem, bo z jednej strony rozumiem sens tej argumentacji. Jest on zasadniczo słuszny, skoro wyznaję różnorodność światopoglądową i wolność słowa, to nie powinienem zabraniać zabierania głosu osobom o światopoglądzie przeciwnym do mojego, zgodnie z zasadą, że nienawidzę twoich poglądów, ale dam się posiekać za twoje prawo do ich głoszenia.

Z drugiej znowu strony, czy powinienem dopuszczać do głosu ludzi, którzy mniej lub bardziej otwarcie wyrażają poglądy ksenofobiczne, stylizują się na tych, którzy doprowadzili do wymordowania wielu milionów bezbronnych ludzi i rozpętali najgorszą wojnę poprzedniego stulecia? Czy powinienem tolerować ludzi, którzy jawnie chcą rozlewu krwi, sami o sobie twierdzą, że są gorsi od faszystów i gdyby mogli, wprowadzili by politykę, kto wie czy nie gorszą niż apartheid w RPA?

Gdzie należy postawić granicę? Czy powinienem dopuścić ich do głosu i ryzykować, że znajdą się osoby, które zechcą wprowadzić w czyn głoszone przez nacjonalistów założenia? Czy może zastosować prewencyjną cenzurę? Wyłapać, schować, zamilczeć. Nie ma problemu, nie istnieje, zniknął. Cenzura już była i nikomu normalnemu nie będzie śpieszno jej na nowo wprowadzać, tym bardziej, że na dobrą sprawę gówno daje.

Na koniec jeszcze przemyślenie natury ogólnej: w całej tej sytuacji najciekawszy jednak jest fakt, że podczas gdy manifestacje sobie maszerowały, blokowały itp. w ogródkach na Krakowskim Przedmieściu siedzieli sobie zwykli, przeciętni ludzie, pili piwo, jedli lody i obserwowali cały ten cyrk. I ani ONRowcom, ani antyfaszystom nie wpadło w ogóle do głowy, że ci wszyscy ludzie, mieli ich głęboko gdzieś. Że przeciętny człowiek ma w nosie hasła zarówno jednej, jak i drugiej strony, bo podstawowym pragnieniem przeciętnego człowieka, od tysięcy lat, jest przede wszystkim spokój. Możliwość pracy bez zastanawiania się, czy przypadkiem gdzieś ktoś nagle nie zacznie latać i szukać w załodze fabryki Żydów, nazistów, czarnych i kosmitów, żeby ich wywalić z pracy za niewłaściwe poglądy/narodowość/kolor skóry/ilość oczu. Brak lęku przed tym, że jakiś zdebilały dyktator wywoła sobie wojenkę. ONRowi nie dało nawet do myślania to, że na hasło “Polacy! Chodźcie z nami” nie zerwały się nagle tłumy ludzi.

A mi przyszło do głowy, że zamiast wrzeszczeć swoje hasełka i bębnić, zarówno nacjonaliści, jak i antyfaszyści mogliby pójść gdzieś i zrobić coś konstruktywnego, na przykład pójść do pobliskich lasów i wyzbierać śmieci. Zysk dla wszystkich: czysty las w którym Polacy i inni mogliby sobie spacerować ciesząc się wiosną, a także spokój dla ludzi w centrum, którzy nie musieliby wysłuchiwać wrzasków pod oknami.

A ONR i antyfaszyści mieliby zajęcie, dzięki któremu nie lęgły by im się w mózgach durne pomysły…

czwartek, 13 maja 2010

Wybory-srybory

Koniec kolejnego dobijającego dnia pracy, chwila czasu, można się wywnętrzyć :P

Wybory za pasem. Obywatelski obowiązek wzywa do tego, żeby pójść, dać głos, zadecydować. A ja od dłuższego czasu noszę się z zamiarem, żeby nie iść. Albo żeby pójść i skreślić wszystkich, żeby głos poszedł w cholerę. Bo te wybory to po raz kolejny wybór spomiędzy ludzi popieranych przez ugrupowania, których jedynym celem jest dmuchnięcie nas od tylca. Wybór,  który tak naprawdę ogranicza się jedynie do określenia, czy chcemy być posunięci z wazelinką, na sucho, w słomie, czy z powiewającą chorągiewką? A może przez kogoś, kompletnie nieznanego, tak dla urozmaicenia sobie?

Tak więc nie widzę sensu dalszego uczestnictwa w życiu politycznym RP. Zresztą jak pisał swego czasu lider nieśmiertelnego Kabaretu Potem, Władysław Sikora:

Nie chodzę na wybory państwowe bo od lat nie mam na kogo głosować! Znajomi mi powtarzają: jak nie będziesz wybierał to wybiorą za ciebie.
A ja nie oddam głosu na żadne z proponowanych mi ugrupowań politycznych! Żeby się potem nadymali, że rządzą w imieniu Narodu?! Gówno!!!
Niech będzie frekwencja 10 %! Niech rządzą w imieniu moherów, liberałów i komunistów - ale ja im głosu nie dam! Jak patrzę na te tępe cwaniackie mordy to ogarnia mnie rozpacz.
Jak się czasem nawet coś pojawi to po niedługim czasie przeżarte jest przez układy wewnątrzpartyjne. Być może nie ma na to rady... być może jest.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Trzecia droga w binarnym świecie

Miało nie być takich postów, ale pooglądałem sobie dzisiaj Cejrowskiego, poczytałem Pilipiuka na forum SFFiH, zajrzałem do moon i jakoś tak smutno mi się zrobiło.

Czasem odnoszę takie smutne wrażenie, że mnóstwo ludzi chciałoby żyć w świecie idealnie binarnym, gdzie wszystko jest proste, czarno-białe, gdzie do określenia wartości danej części rzeczywistości wystarczy najzwyklejsza funkcja progowa, a wartość progu ktoś zawsze poda.

Dzisiaj u moon przeczytałem takie zdanie, wypowiedziane ponoć przez RPO:
Weźmy znanego podróżnika Wojciecha Cejrowskiego. Ma przecież prawo być homofobem. Nie ma obowiązku być homofilem. Jeśli nakazujemy, za pośrednictwem sądu, nawet nie wprost, bycie homofilem, to przekreślamy znaczenie słowa tolerancja.
To co w tym zdaniu jest smutne, to właśnie próba sprogowania: skoro sąd zabronił komuś wyrażania otwarcie homofobii, to znaczy, że nie-wprost nakazuje homofilię. Albo-albo. 0-1. Czarny-Biały. Jeśli nie homofob, to na pewno homofil. Wielu ludzi wypowiadających się publicznie stosuje dokładnie ten sam model. Albo-albo. 0-1. Czarny-biały. Homofob-homofil. Nic pomiędzy.

A przecież rzeczywistość wcale nie jest dyskretna. Rzeczywistość jest ciągła. Między zerem a jedynką jest nieskończenie wiele ułamków. Między czernią a bielą jest nieskończona ilość odcieni szarości, a poza tym nieskończona ilość innych barw. Oprócz bycia homofobem i homofilem można przecież jeszcze mieć do całej sprawy stosunek na zasadzie "lata mi to w okolicach okrężnicy".

I mi właśnie lata. Daleko i głęboko lata mi, czy dorosły, w pełni świadomy facet woli uprawiać seks z innym dorosłym i w pełni świadomym facetem, albo kobieta z kobietą. A jednak zdania jak zacytowane mnie progują. Ponieważ nie jestem homofobem, to dla wielu automatycznie jestem homofilem. Ponieważ mój liberalizm skręca na lewo, jestem automatycznie moralną szują i złodziejem.

A mi zwyczajnie smutno, bo chciałbym, żeby ludzie trochę mniej bawili się w progowanie, a spróbowali dojrzeć piękno w skomplikowanym, posiadającym często ujemne, często dodatnie, a często urojone współczynniki wielomianie, którym próbuję zinterpolować sobie rzeczywistość.